Suma wszystkich strachów, czyli Autor i Muza na emigracji.

Wpisy

  • niedziela, 12 lipca 2015
    • Koniec

      Muza wróciła do kraju. Dom zbudowany - misja wypełniona. 
Tym samym wszystkie stare strachy zostały wypędzone.... przez nowe, ale o tym już nie warto wspominać.

      Pragnę jednak skreślić kilka słów o rzeczach, które wydarzyły się tuż przed wyjazdem.

      Jak nietrudno się domyślić, przez trzy lata nazbierała nam się spora sterta przedmiotów, które uznaliśmy za niezbędne w nowym domu, bądź nie chcieliśmy się pozbyć z przyczyn sentymentalnych. Były też takie, których zatrzymanie zostało skomentowane przez moją małżonkę jako pierwotny odruch łowiecko-zbieracki człowieka nietkniętego żadną cywilizacją. A ja się pytam – który jaskiniowiec zostawiłby torbę do golfa, mając w perspektywie niemożność usadowienia swojego ulubionego kija, po pięknie wykręconym swing‘u?

      Pakowanie w kartony i owijanie folią przebiegało dosyć sprawnie, choć wersje z ich przebiegu są dwie – moja i Muzy.

       

      Oczami Muzy.

      Sortowanie przedmiotów wzięło w łeb, bo co i rusz znajdowały się rzeczy, które rujnowały wcześniej zaplanowaną kategoryzację. Ale czymże jest ta niewielka niedogodność w stosunku do wyczekiwanej nagrody w postaci niemal namacalnej w czasie możliwości ulokowania całej zawartości w murach nowego domu? NICZYM!

      Autor zżymał się jednak na każdą przeszkodę, posykując znacząco głośniej od świeżo otwieranych puszek z piwem. Źle znosił najszczersze chęci Muzy w przytrzymywaniu pakowanych mebli owijanych folią streczową, źle znosił kilka kropel, które spadły mu na nos w czasie kiedy pogoda na chwilę zasłoniła się chmurą i zupełnie rozsierdził się kiedy tekturowa rolka po streczu spadła mu przypadkiem na nogę.
      Suma tych wszystkich strachów zrównoważyła się jednak ogromną ulgą, kiedy cały sprzęt został spakowany, a jedyną czynnością pozostawioną przypadkowi była ilość butelek piwa, którą należało jeszcze opróżnić tego wieczora.

        

      Oczami Autora.

       

      Żar lipcowego słońca rozdzierał angielskie chmury z siłą bomby atomowej. 23 stopnie potwornej spiekoty, krępowały ruchy topiąc chęci do pracy niczym widok posłanki Pawłowicz na uciechy cielesne.
      W tych warunkach atmosferycznych, sandały zjeżdżały ze stóp, a piwo otwierało się samo. Grzmot urywanych zawleczek, ranił i tak już obolałe uszy Autora trawione trzaskiem bata, którym Muza smagała go po spieczonych barkach.
      Naciąganie streczu na piętrzące się zbocza kartonowej góry, odbierało Autorowi resztki sił, lecz nie bacząc na przeciwności losu parł do przodu z mozołem. Około południa założył obóz na stromej ścianie uformowanej z ławy i pokaźnego kompletu kluczy nasadowych, bez lęku spoglądając w bramy piekieł, na których dnie pobrzękiwały złowieszczo szklanki zawinięte w materac.
      Odciągnięty na moment od katorżniczej pracy, Autor łagodził ból krótkim spoczynkiem, delektując się każdą kroplą ostatniego piwa.
      Dwie godziny upłynęły we względnym spokoju, kiedy zdradziecki kaprys angielskiej pogody przybrał najczarniejsze oblicze. Zerwała się mżawka, której nawałnica siekła teraz niemiłosiernie milionami kropel po zasnutej opadłymi gałęziami twarzy Autora. Trepy grzęzły w błocie, spowalniając każde pociągnięcie rolki ze streczem, a jej tektura zdzierała i tak już niebezpiecznie cienką warstwę kremu ze spracowanych dłoni.

      Kiedy ilość nieszczęść zdawała się być na wyczerpaniu, wtedy nastąpiło najgorsze – zmęczenie i przeciwności losu spowodowały, że strecz wypadł Autorowi wprost na obolałą stopę, niebezpiecznie zaciskając swoją tekturową paszczę w śmiertelnym uścisku. Jedynie znajomość tajemnych zaklęć w łacinie i grece wyrywanych z gardła niczym pioruny z niebios, były w stanie uśmierzyć ból i ostatecznie wyrwać stopę z potwornej pułapki.

      Na szczęście wieczność jaką wydawało się te piekielne pięć minut minęła bezpowrotnie, a zza chmur wychyliło się słońce, które świecąc nad naszymi głowami, zwiastowało dobrą nowinę o nadchodzącym końcu wytężonej pracy.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lipca 2015 22:09
  • wtorek, 10 lutego 2015
    • Trud

      Kiedyś wpadł mi w ręce śpiewnik z lat pięćdziesiątych, który zawierał takie dziejowe hity jak "Pieśń o planie sześcioletnim", "Wapno i piach" czy "Pieśń o traktorze". Niesiony słowami tych piosenek, hartowałem swoją duszę do momentu kiedy twarda jak stal (ta dusza), zastygła niewzruszona na knowania jakichbądź sił partyjnych i podżegaczy wojennych. Słowa ostatniej z nich pozostały w mojej głowie na zawsze, lśniąc błyszczącym grawerunkiem jako motto na pozostałą część mojego "nicnieznaczącego" życia oderwanego (przynajmniej do tamtej pory) od kolektywnej zbiórki jęczmienia.

      Choć nigdy nie brałem czynnego udziału w kładzeniu zboża pokotem, to szacunek do żniwiarzy dzięki tym właśnie wersom pozostał mi ogromny. Co roku celebruję zakończenie prac polowych, wyjąc opętańczo w rytualnym amoku te złote strofy na samozwańczych dożynkach.

      Oto słowa zamieszczone w pierwszej zwrotce:
       

      Warczy nasz traktor, srebrzy się lemiesz

      Życie jak pole trzeba przeorać

      Bliżej do słońca dźwiga dziś ziemię

      Siła naszego traktora

       


      Od kiedy wartości tej pieśni natchnęły moje jestestwo, nic już nie jest takie jak dawniej, choć słońce wydaje się świecić jaśniej nad moją głową.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Trud”
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 lutego 2015 01:38
  • sobota, 17 maja 2014
  • piątek, 16 maja 2014
    • KontroWersje, czyli kulturalne fascynacje Autora cz.2

      Zmuszany do słuchania tych samych piosenek ze stacji radiowych związanych z głównym nurtem i wydawnictwami muzycznymi, które ten nurt kreują, lata już temu postanowiłem poszukać czegoś bardziej ciekawego w szerokim zasobie internetowych propozycji na własną rękę.
      Niesiony euforycznym uczuciem wolności, które daje wirtualna przestrzeń, natrafiłem na kilka stron w sieci dających możliwości zarówno słuchania, jak i ściągania (LEGALNEGO) muzyki na nich zawartych.
      Jedną z takich stron jest Jamendo.com - wielojęzyczna platforma, gdzie zależnie od gustu i nastroju można znaleźć coś co nam się spodoba. Szeroko pojęta wolność prezentacji własnej twórczości powoduje, że trzeba niestety przebrnąć w poszukiwaniach przez spory zasób marnej jakości muzyki. Nie chodzi mi tutaj o jakość dźwięku - nie jestem pod tym względem wybredny - lubię natrafić na przaśne rytmy garażowego buntu - rzecz dotyczy różnej maści domorosłych artystów, którym zdaje się że wiedzą o muzyce więcej niż rzeczywiście wiedzą.
      Skupię się zatem od razu na wykonawcach, których warto słuchać i których warto poszukiwać.
      Rytm funk porwał mnie jakieś....trudno powiedzieć - kilkanaście lat temu i porywa (na szczęście) do dzisiaj. Nie bez powodu dzisiejsze znalezisko na stronach Jamendo.com będzie własnie związane z tymi rytmami.
      Hace Soul - hiszpańska, gorąca propozycja w minialbumie Pelota Funky. Na gorących rytmach się nie kończy - profesjonalizm, jakość nagrania i pomysłowość nie budzą najmniejszych zastrzeżeń,  dlatego bez obawy polecam tą pozycję. To niewielka, ale wspaniała dawka muzyki w formule funk. Można napisać więcej o tej EP, ale lepiej chyba posłuchać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      piątek, 16 maja 2014 15:29
  • środa, 09 kwietnia 2014
    • Kryzys

      

      Pot zalewał moją szyję rwącym potokiem, kiedy Muza wypruła z czeluści szfy pół tuzina par butów z zamiarem dopasowania do posiadanej garderoby. Przymiarki trwały dość krótko, jednak mocno niepokojące wydawało się stwierdzenie niedoborów w rodzaju obuwia.  Głównym problemem okazał się brak zbieżności kolorystycznej między częściami garderoby, co niosło za sobą niebezpieczeństwo wydatków i nowelizowania budżetu naszego domostwa na miesiąc kwiecień, ewentualnie problemy z uchwałą wydatków na maj. Zapasy cukru padły już w pierwszym czytaniu, natomiast podstępem przepchnąłem groch, masło i niemałe ilości chleba. Mleko, które stanowi główny składnik porannej kawy ( Muza w zasadzie pije mleko z kawą) przeszło bez szemrania.  Gdyby Muza dowiedziła się jakich malwersacji dopuściłem się wydzierając 43 funty szterlingi na cztery cygara i whisky, powołałaby komisję śledczą, której tryb postępowania łamałby mnie swoimi kołami przynajmniej do pierwszych opadów śniegu.
      Stało się jasnym, że obrady trzeba przełożyć na kolejny dzień celem powołania grupy ekspertów mających za zadanie wnikliwą analizę „co jest niezbędne, a co można odłożyć na później“.
      Kiedy wyniki ekspertyz dowiodły, że cztery pory roku dzielą się na pory wczesne, przejściowe i późne, paleta barw w doborze obuwia oscyluje w okolicy sześciuset odcieni (sinokoperkowy róż to ściema – wymyśliła to sobie, ale już….niech będzie – ja rozpoznaję szesnaście kolorów, tak samo jak świeżo zainstalowany Windows‘98),  a dni dzielą się dodatkowo na pochmurne i słoneczne, oczywistym się stało, że Muzie brakuje około czterdziestu par butów.
      Jedynym wyjściem z trudnej sytuacji ekonomicznej okazał się model grecki „sie zobaczy później“, a kreatywna księgowość rozwiała chmury, pozwalając cieszyć się słońcem, które niczym w Grecji, jasno świeciło teraz nad naszymi głowami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kryzys”
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      środa, 09 kwietnia 2014 03:46
  • środa, 19 marca 2014
    • UFO zlądowało

      Serfując po stronach internetowych i portalach poświęconych informacji, zazwyczaj mam sprecyzowany plan "podróży" i wiem czego szukam. Dlatego nie rozumiem, dlaczego zagłębiając się w artykuł opisujący kulturalne wydarzenie związane z muzyką, klikając na proponowany poniżej link, dałem namówić się na propozycję zanurzenia w tajemniczy świat zjawisk paranormalnych i odgadnięcia zagadki częstych wizyt przybyszów z kosmosu. To tak, jakby twórcy propozycji uznali, że analiza poświęcona rewaloryzacji rent i emerytur w świecie artystów ma w sobie coś ponadczasowego i niewymiernego.
      Niby to przypadkiem daję się zwabić i ani się obejrzałem kiedy to w pośpiechu skonsumowałem treść rzeczonego artykułu, szybko przenosząc uwagę na komentarze dodane pod jego treścią. O ile autor wspomnianego tekstu starał się opisać rzeczy zachowując zdroworozsądkowy umiar, o tyle jego czytelnicy postanowili o tym zapomnieć dając upust swoim fantazjom w słowach, które ciężko było uznać za poważne.
      Przeszedł mi wtedy do głowy szatański pomysł, żeby dać upust i własnej fantazji, dworując sobie w ten sposób z komentatorów. Szybko skleciłem własną, najabsurdalnieszą z absurdalnych historii, która okazała się być w oczach niektórych - tym razem moich czytelników - prawdziwą. Oto jej treść: 

       

      "Idę sobie, proszę ja was któregoś razu przez las. Ciemno jak cholera – było zaraz po północy. Szukam grzybów, ale żadnych znaleźć nie mogłem. Kiedy dochodziła czwarta, zrobiło się nieco widniej i nagle spostrzegłem ogromnego borowika. Ogromnego! Rozdeptany. Cholera! Ciemno było, to i nie widziałem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że szukanie grzybów w nocy jest bez sensu.
      Usiadłem zmęczony na pniu ściętego drzewa, a tu nagle jasność. Tak jasno jak z lampy dentystycznej która zawsze wali mi w oczy u stomatologa, powodując łzy. I tu nie obyło się bez płaczu. Kiedy poświata rzucana z góry rozświetliła polanę, zobaczyłem przynajmniej 30 kg rozdeptanego grzyba i z pół tony poziomek. Wyłem jak bóbr, bóbr ogłuszony lamentem wiał jak zając, a ten ze strachu owinął się pnączami jeżyn.
      Odważyłem się w końcu spojrzeć w górę – okrągły pojazd zniżał się do ziemi, by w końcu osiąść na polanie niedaleko od miejsca w którym moje wystraszone „ja“ napompowane adrenaliną chciało wiać sarnimi skokami, jednak strach zacementował moje nogi w zbrojonym betonie B20. Na ułamek sekundy dało się słyszeć odgłos uwalnianego gazu, i w jednej chwili część pojazdu otworzyła się ukazując jego wnętrze. Wnętrze było podobne całkiem do niczego. Z obłoków pary, snopów światła i spalonej słomy wydobyły się dwie postaci. Zmierzali w moją stronę i powoli zacząłem sobie zdawać sprawę, że mają zarysy ludzkie. Kiedy przechodzili koło mnie, niemal zdrętwiałem…przecież to Jan Paweł II z Jimim Hendrixem! Koszyk wypadł mi z ręki i potoczył się pod nogi przybyszów. Wskoczyłem szybko na rower i chciałem uciekać, ale spadł mi łańcuch i zamiast ruszyć z łoskotem do przodu, wywaliłem się w mech. Podszedł do mnie papież i pyta:

      - Nic ci nie jest? Po co jeździsz po nocy rowerem bez świateł?
      -…. i kasku – dodał Hendrix wypuszczając sporą chmurę dymu z ust.
      Zupełnie oniemiały podniosłem się z ziemi i otrzepałem serdak.
      - To wy żyjecie? – zapytałem
      - Żyjemy….po prostu w innym wymiarze – wyjaśnił Jimi, po czym zaciągnął się mocno papierosem który trzymał w ręce.
      - I mamy się dobrze. Jesteśmy w niebie…
      - …pewnie przerwałem Wojtyle…tam gdzieś na chmurce…
      - No co ty debilu! – zripostował mnie papież – To inna planeta! Piekło to Ziemia, naznaczona nakazami i zakazami.
      - A co się robi w niebie? – zapytałem kwitując całość głupią miną.
      - Głównie uczciwa praca. Ja i Lolek – Jimi wskazał na Wojtyłę – wybraliśmy pracę na plantacji konopi. Staramy się i mamy wyniki. W nagrodę można podróżować tym pojazdem gdzie się chce.
      - Mogę lecieć z wami?

      - Nieeeee – zaprzeczył Hendrix – ty masz swoje piekło i musisz je przejść. Musisz chodzić do pracy za groteskową pensję i ochłapem który w końcu otrzymasz dzielisz się z ZUSem.

      - To twój krzyż – dodał Wojtyła.
      Dalszej części nie pamiętam – musiałem zasnąć. Obudziłem się bez serdaka, przedniego koła w rowerze – o koszyku nie wspomnę.
      Zawlokłem się do domu i zacząłem o tym wszystkim myśleć. Kiedy na drugi dzień opowiedziałem wszystko kolegom w pracy, śmiali się tylko ze mnie i mówili, że naoglądałem się Macierewicza na konferencji prasowej. Ale ja tam wiem co widziałem…"

      Serio....? Da się w to uwierzyć...?

       
      Ciekawa propozycja w temacie "UFO zlądowało"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „UFO zlądowało”
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      środa, 19 marca 2014 21:47
  • czwartek, 02 stycznia 2014
    • Wojna

      Nienaturalny lęk przemknął przez moją głowę, kiedy Muza z nadmiernym zapasem radości
      obwieściła udany wypad po bułki. Byłem już pewien kłopotów widząc następujące
      po sobie boleść, żal i zaraz potem lament nad losem kobiet w delcie Nilu, gdzie prawa ekonomii nie pozwalają im na zakup choćby kremu na dzień i na noc, sztucznych, doczepianych rzęs, balsamu do wrażliwej cery i szamponu, który jak się dowiedziałem, służy do mycia głowy.

      W atmosferze wyuczonego spokoju, udając rozluźnienie, Autor chwycił gazetę, która okazała
      się być książką telefoniczną złośliwie obróconą przez podły los górą do dołu.
      Wyczekując nie najlepszych nowin o uszczupleniu zasobów przeznaczonych na weekendowe   próżności, do mych uszu dotarła radosna wiadomość o nienaruszeniu oszczędności w stopniu nawet minimalnym na wymienione towary pierwszej potrzeby.

      Myli się jednak ten, kto sądzi, że widmo katastrofy oddaliło się  bezpowrotnie. Muza stosując manewr ataku pozorowanego, niczym chytry lis, niespodziewanie uderzyła z drugiej strony.

      Oxfam – sklepy z niedrogimi, używanymi rzeczami, które Brytowie powołali do zbierania funduszy mających za cel likwidację biedy na czarnym lądzie (w delcie Nilu przede wszystkim), okazały się być śmiercionośną bronią w arsenale małżonki. Po silnym ostrzale z biżuterii, niczym nawałnica z moździeży poleciał na mnie deszcz z płaszcza, kaloszy i swetra. Kozaki, efektem napalmu, odebrały mi resztki tlenu ze sflaczałych płuc.

      Kiedy odzyskałem przytomność, ujrzałem Muzę unurzaną w blasku chwały, strojną w przepych 
      drugiego obiegu, nadając w ten sposób naszemu życiu jasności słońca, które teraz
      jeszcze mocniej świeciło nad naszymi głowami.



      Załączam klip, który jest dowodem na to, że mężczyźni nie są całkiem bezbronni w temacie "powiększanie szafy" - mamy swoje sposoby na małe przyjemności.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wojna”
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 stycznia 2014 09:22
  • sobota, 07 grudnia 2013
    • Krzyk

      Oczami Muzy:



      -Aahh

      Ciche westchnienie wypełniło ściany pokoju, niczym codzienny news o Lewandowskim poranną prasę. Drzwi uchyliły się leniwie, wprowadzając zblazowane oblicze Autora ze szczoteczką w ustach.

      - Co jest? – dopytywał bryzgając pianą z ust.

      - Nie nic – odparła Muza – przeciąg. Troszkę herbaty rozlało się na ławę.
      Chcąc oszczędzić małżonkowi nadmiernej aktywności ranną porą, zamaszystym ruchem pospiesznie starła niewielką ilość płynu, maskując tym samym ślady niedawnej „katastrofy“.
      - I po krzyku….
      - A – mruknął Autor drapiąc szorty w tylną część nogawki. Odwracając się na pięcie, zamknął za sobą drzwi.



      Oczami Autora:


      -Aaaaaaaaaaa!!!!!!

      Krzyk rozrywał ściany pokoju pulsującym echem, niosąc niewieście wołanie o pomoc wprost do uszu Autora. Prężąc pierś, zmrużył oczy i ruszył energicznie na odsiecz. Mijał właśnie wannę i nie bacząc na niebezpieczeństwo, ostrym łukiem pokonał śliską część korytarza usnutą w zdradzieckie panele. Pantofle napięte do granic możliwości raniły go w stopy, lecz nie dbając o ból, zacisnął tylko zęby, bohatersko nacierając na piętrzący się przed nim próg z wijącym pod spodem jako stado węży kablem telewizyjnym.

      Przez tą jedną sekundę, nie wiedział co czeka go za drzwiami. Dynamicznym kopnięciem z półobrotu pokonał barykadujące wejście drzwi i ze srogą miną odważnie stanął na ratunek przerażonej Muzie.

      W tym czasie demon wiatru siał zniszczenie, pustosząc starannie zagospodarowaną przestrzeń na dębowej ławie. Wyrwany z korzeniami pilot, niespodziewanie huknął w dzban z napitkiem wywracając go bez najmniejszego trudu. Nie było czasu do namysłu.

      - Zamilcz! – warknął Autor na rozszalałe siły ciemności. – Idź precz! – dodał bez chwili namysłu.

      Oszalały wiatr umilkł ze strachu, po czym w panicznym galopie czmychnął pospiesznie przez uchylone okno.

      Pobladła małżonka, pomna dopiero co zaistniałych wydarzeń z trudem łapała oddech. Spowita przerażeniem, jeszcze drżącym głosem dziękowała wybawcy, muskając jego lico haftowaną flanelą. Stalowe ramię małżonka z lekkością unosiło porozrzucane przedmioty, stawiając je w porządku alfabetycznym na miejscu ich przeznaczenia.
      Kiedy Autor upewnił się, że pycha sił natury została należycie ukarana, a wszelkie niebezpieczeństwo zostało zażegnane, oddalił się w blasku słońca, które ze strachu świeciło teraz nad jego głową.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Krzyk”
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      sobota, 07 grudnia 2013 17:28
  • poniedziałek, 02 grudnia 2013
    • Moce piekielne

      Muza poleciała do kraju – SAMA!
      Autor targany smutkiem rozdzierał szaty, bieliznę i inne części garderoby, starając się w ten sposób posortować zaplanowane na godziny poranne pranie. W końcu ulegając diabelnym podszeptom wrzucił wszystko „jak jest“, licząc na przychylność losu oraz sił nadprzyrodzonych.
      W międzyczasie, aby zagłuszyć potworną boleść rozłąki, która jątrzyła się niczym otwarta rana, biedak postanowił zapobiec cierpieniom stosując możliwie szybko środek dający natychmiastową ulgę. Już niemal wyciągał rękę po środki owadobójcze aby zakończyć marną egzystencję, kiedy zdarzył się cud nie mniejszy od zwycięstwa polskich futbolistów nad rezerwową drużyną Albanii – nastąpiło samootwarcie lodówki w której wnętrzu oślepiający blask niespodziewanie otoczył butelkę z napisem Jack Daniel’s – Autor mógłby przysiąc, że zjawisku towarzyszył akompaniament kościelnych organów zwiastujący złą nowinę, choć świadkowie wydarzenia uparcie twierdzą, że był to jedynie dzwonek do drzwi. Pozostawiam ten problem jako nierozstrzygniętą zagadkę.
      Teraz jak przez mgłę, przypomniał sobie, że ledwie dzień wcześniej jakaś tajemna siła kazała mu zamrozić szklankę zasypując ją obficie sporą ilością lodu. Piekielna łamigłówka układała się powoli w logiczną całość.

      Nie walczył z przeznaczeniem - tłumił jedynie zawartością butelki żal związany z tęsknotą. Kontemplując zawiłości temperatur na panelu frontowym pralki, odważnie ustawił urządzenie na najwyższe wartości.

      Kiedy ranek zamienił się w wieczór, a ubrania zniknęły w czeluściach pralki kurcząc się do rozmiaru naparstka, Autor zrozumiał, że słońce będzie świecić nad jego głową najwyżej do piątku – wtedy wraca żona.


      P.S. Nie mogłem się powstrzymać przed zamieszczeniem ciekawego monologu w wykonaniu Andrzeja Poniedzielskiego, lekko związanego tematycznie z moim wpisem, który tłumaczy kobietom prostym językiem, skąd u nas mężczyzn bierze się ciekawość świata i w jaki sposób chcemy go poznawać.



       

      Tym samym swoją weekendową ciekawość uważam za usprawiedliwioną.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Moce piekielne”
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 grudnia 2013 09:04
  • czwartek, 28 listopada 2013
    • Zazdrość

      Niemal udusiłem się szynką Sopocką, kiedy Muza oświadczyła z szelmowskim uśmiechem, że oto nie jestem jedynym piewcą jej urody. Dotknięty do żywego, żułem ostatni plaster pokrojonej świni artykułując między kęsami żądanie natychmiastowych wyjaśnień.
      Obiektem mojego niepokoju okazał się być Budda w osobie Rubensa, którego boskość polegała jedynie na rozmiarach brzucha i obfitym biuście.

      Aby nie szargać moich nerwów dłużej niż przewidują poradniki w kolorowych gazetach, Muza uspokoiła mnie zapewnieniem, że stała się jedynie obiektem westchnień taniej, aczkolwiek sympatycznej siły roboczej z Brazylii, a cała sprawa jest ledwie klasycznym romansem zawieranym przy pakowaniu gruszek w celu zabicia dokuczliwej marności czasu.
      Krew odpłynęła mi z oczu. Udając brak zainteresowania nikczemnym procederem braku staranności w pracy, rozpaczliwie szukałem argumentów potwierdzających moją niezwykłość. Na myśl przychodziły mi różne talenty – od brawurowej jazdy na sankach, po rzadką umiejętność grabienia liści pod wiatr, nabytą jeszcze w czasach, kiedy uczestnictwem w czynie społecznym można było zaimponować niejednej koleżance.

      W akcie rozpaczy niespodziewanie instynkt wypchnął moje ciało na środek pokoju, gdzie w impulsie pierwotnej walki o samicę, postanowiłem pobić konkurenta jego własną bronią i zauroczyć małżonkę płynnością godowej samby. Zakotwiczone w brązowej wykładzinie nogi i widlaste ruchy górnych kończyn przyzwyczajonych do ściskania masywnych grabi, rozbawiły Muzę do stopnia, w którym dalsze utrzymanie równowagi nie było możliwe. Padając mi do stóp, ledwie łapała powietrze w krótkich oddechach przez kolejne pół godziny, wyjąc głośniej od rannego łosia.
      Jaśniej goręcej (i radośniej), słońce znowu zaświeciło nad naszymi głowami.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 listopada 2013 09:18
  • niedziela, 17 listopada 2013
    • Zło, czyli suplement do Zgrozy

      

      Po dwóch wyczerpujących dniach leżenia na kanapie, zło zaskoczyło mnie niczym srogi grudzień służby drogowe. W samym środku teleturniejowej zawieruchy, rozdarty emocjami i naładowany atmosferą płynącą z ekranu, dałem upust swojej złości - dotknięty porażką faworytów, rzuciłem buławą w nieznane. Symbol władzy, rekwizyt bez którego żaden telewizor nie znajdzie u nas posłuchu w akcie zemsty wypluł z siebie baterie i bezczelnie położył się na podłodze poza zasięgiem moich ramion. Kiedy wydawało się, że nic gorszego już nie może się zdarzyć,  jazgot telewizyjnej propagandy niespodziewanie przerwał dzwonek telefonu – poszukiwanie głębszego sensu w krótkim filmie o jogurtowej krainie odłożyłem na później.
      Muza zwięzłą prozą zadała kłam angielskiej medycynie twierdząc, że paracetamol i proste maści znane już średniowiecznym druidom nie pomagają – jak się okazało po krótkim pobycie w kraju - w nieco bardziej skomplikowanym leczeniu zerwanych więzadeł. Przejawem niezwykłego optymizmu i odwagi, okazało się zastosowanie przez angielskich lekarzy tabletek przeciwbólowych - panaceum na wszelkie dolegliwości od złamaia po malarię – w leczeniu schorzenia wymagającego wiedzy wykraczającej poza zakres wypisywania zwolnień lekarskich i czarowania pacjentek szerokim uśmiechem. Nie mniej interesujący okazał się eksperyment obiciążania ćwiczeniami chorego ramienia, które nie powinno obciążane być niczym poza metalowym znacznikiem na palcu mówiącym o przynależności stadnej.

      Już pierwsza wizta w polskim gabinecie lekarskim,  znajomość rzeczy i technologia laserowa, niezwykłe jeszcze w Anglii, której medycyna tapla się radośnie w epoce Henryka VIII, skierowała leczenie na właściwe tory, a tym samym na nas słońce, które znowu świeciło nad naszymi głowami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 listopada 2013 06:59
  • niedziela, 10 listopada 2013
    • Zgroza

      

      Lament, wołanie o pomoc, trwoga w malinowych oczach Muzy, które zdawały się przeobrazić w kasztany wystające z łupin. Zły, nikczemny ból stawu barkowego nie pozwalał małżonce podnieść suszarki wyżej niż nakazywały żelazne reguły (pisane i niepisane) niszczenia włosów gorącym powietrzem, zwane potocznie suszeniem włosów. Dobromałżeńskie relacje wymagały w takiej sytuacji wyrażenie ubolewania, post i szeroko zakrojoną służalczość na każdej płaszczyźnie. Wyćwiczony grymas pogrzebowego smutku utwierdził żonę w przekonaniu, że mąż cierpi nie mniej, a może nawet bardziej, bo jego przecież boli że ją boli, czyli boli go bardziej. 
      Kolejny krok. Działania w zakresie taktyki informacyjnej skierowanej w stronę pracodawcy, które miały zawierać prosty przekaz w łamanej polszczyźnie ukwieconej jeszcze bardziej łamaną angielszczyzną, że „wife – ty panimajesz, nie nada, nie walk to work, nie da rady – pain jak jasna cholera! Fersztejen!?“ Manager „fersztejen“. Oto tygiel językowy - tak rodzą się narody.

      Fortuna nam sprzyjała – w atmosferze angielskiej uprzejmości, jakimś cudem udało nam się zamówić wizytę lekarską jeszcze w tym tysiącleciu. Po kilku zgrabnych zabiegach emocjonalnych, szastając bólem i cierpieniem niczym bezrobotny zasiłkiem, okres oczekiwania stopniał do dnia następnego.

      Prawie nabrałem się na dur brzuszny i malarię, kiedy po wizycie u „przystojnego“ lekarza lista powikłań w ocenie małżonki zdawała się nie mieć końca, a rewizyta była naglącą potrzebą. W tych okolicznościach zagrożenie epidemią cholery zbyłem wymownym milczeniem.

      Tabletki działały kojąco, a słońce znowu świeciło nad naszymi głowami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 listopada 2013 21:16
  • niedziela, 03 listopada 2013
  • piątek, 01 listopada 2013
    • Pokonać wroga

      

      Łzy, rozpacz, wewnętrzne rozdarcie. Muza straciła pracę. Mój męski system operacyjny natychmiast przestawił się w tryb pocieszająco-służebny. Czerwone wino, kanapki z dżemem, jajecznica z cebulą i szepty o fortunie czającej się tuż za rogiem wypędzały powoli podły nastrój. Bestia zwana przygnębieniem chwiała się na nogach – postanowiłem wyprowadzić kolejne ciosy. Zapewnienia o gotowym planie i strategii w celu przeciwdziałania bezrobociu posłały smutki na deski. Pierwsze liczenie. Ustawiłem się w narożniku do kolejnego starcia z głębokim przekonaniem, że oto wygrałem i drugiej rundy nie będzie.  Gong. Kolejne starcie.
      - kochanie, w tej sukience wyglądasz bosko!
      Gloria, chwała, błyski fleszy i wiwatujące tłumy….. Zamiast tego dostałem potworny cios na szczękę
      - to znaczy że w innych wyglądam źle…?!
      Jak mogłem popełnić tak prosty błąd? Gdzie lata spędzone na dyskusjach w pubach, czatach i skwapliwe notowania zwierzeń podpitych koleżanek? Zamroczony uderzeniem, ratowałem sytuację atakiem na oślep
      - yyyy, wiesz…
      - co?! – kolejny cios miażdży moje „ja“. Wszystko od nowa.
      Następujące po sobie rundy upływały na śmiałych i uważnych atakach popartych rozwagą i wieloletnim doświadczeniem nabytym w niezliczonych rozmowach  z kobietami zwabionymi kieliszkiem tańszej wersji Malibu . Dzięki elementarzowi z pierwszej klasy i nabytej umiejętnośi skryby w stopniu podstawowym, skleciłem proste CV. Puszczone światłowodem przeważyło ostatecznie szalę zwyciestwa na moją stronę, dając małżonce upragnioną nadzieję, wieńcząc tym samym moje skronie wawrzynem. Rozterki leżały na dechach.
      Kiedy kolejnego dnia zadzwonił telefon, a umówione spotkanie zakończyło się sukcesem, słońce znowu zaświeciło nad naszymi głowami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      piątek, 01 listopada 2013 05:30
  • czwartek, 24 października 2013
    • KontroWersje, czyli kulturalne fascynacje Autora cz.1

      Muszę wyznać, że lata temu, zanim jeszcze dostąpiłem niezwykłej przyjemności obcowania z Muzą, miałem sposobność obcowania również z muzyką. Robiąc przysługę Urbi et Orbi (Miastu i Światu przypominam), zarzuciłem rzemiosło muzyczne bez większych, ani też mniejszych sukcesów, choć z niewielkim żalem.
      Przez lata niebytu, trwając w zapomnieniu ku uciesze sporej grupy wrogów, wiosło (czyt. gitara) przepadło w czeluściach szafy nieniepokojone żadnymi formami szału artystycznego. Kiedy nagle nadarzyła się sposobność ponownego występu, świat zadrżał w posadach. Mój serdeczny przyjaciel, a zarazem artysta (znosić moją obecność to naprawdę sztuka) Dariusz Klimczak, z którym miałem okazję spełniać się muzycznie trwożąc lokalną publiczność w pubach i remizach, zaproponował mi, jak również pozostałym członkom naszego nieistniejącego już zespołu FUNK LOOP, występ podczas pokazu fotografii jego autorstwa.
      Pomysł, choć szalony, udało się zrealizować (maj 2012r), za co pomysłodawcy będę wdzięczny przynajmniej do soboty.
      Prezentowany materiał jest zapisem wizualnym lokalnej telewizji, opisującym wspomniane wydarzenie. W końcowej części materiału można dostąpić wątpliwego zaszczytu wyrażenia podziwu dla możliwości artystycznych Autora.





      Zespół Funk Loop w składzie:

      Krzysztof Gładkowski - gitara (kompozytor utworu)
      Robert Pol - gitara
      Mariusz Pokora - bas
      Dariusz Klimczak - perkusja

       

      Dla spragnionych dalszych wrażeń, pełna wersja utworu ze strony Jamendo.com

      
      Projekt okładki: Dariusz Klimczak

       

      Koncert w kadrze:


      fot. Marcin Kurzawski

       




      fot. Marcin Kurzawski


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „KontroWersje, czyli kulturalne fascynacje Autora cz.1”
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 października 2013 08:27
  • piątek, 18 października 2013
    • Trwoga

      Ziścił się najczarniejszy ze scenariuszy. Makabryczna wizja nieszczęścia ze mną i Muzą w roli głównej do melodii Ich Troje w partyturach na fagot i basetlę. Dom w którym mieszkamy został wystawiony na sprzedaż. W panice prowadzącej do obłędu, odkurzyłem pokój co zdziwiło małżonkę do tego stopnia, że ugotowała obiad. 

      Najważniejsza rzecz, to nie poddawać się. Myląc tropy przybyszów, postanowiliśmy walczyć o nieswoje. Kiedy sidła i wnyki zawiodły, naturalny odruch obronny nakazał nam zastawić kilka pułapek propagandowych. Mimo wymieniania oczywistych wad i snucia ponurych wizji apokalipsy związanych z tym szczególnym miejscem, lukratywna oferta banku z wizją wypruwania kieszeni przez następne pięćdziesiąt lat przekonała kupującego o słuszności wieszania się na suchej gałęzi kredytowej. Nabywca zdecydował się nabyć,  sprzedający sprzedać.  Automatycznie wynajmujący zdecydował się szukać.

      Węsząc po stronach jak psy na polowaniu, znaleźliśmy z Muzą kilka ogłoszeń które w normalnych warunkach nazwałbym oszustwem, kwitując całość parskaniem i wybuchami niekontrolowanego śmiechu.
      Jednak czas nieubłaganie mijał, a spodziewany zalew propozycji skurczył się do skromnej liczby zero. Ucieczka w sok pomidorowy i podgryzanie marchewek z Tesco nie przynosiły ulgi.
      Kiedy fortuna zdawała odwrócić się do nas plecami,  niespodziewanie pojawiła się szczęśliwa nowaina. Zwolnili kolegę z pracy! Kolega zwonił pokój, my zwolniliśmy tempo poszukiwań i słońce znowu zaświeciło nad naszymi głowami. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      piątek, 18 października 2013 04:41
  • środa, 16 października 2013
    • Największy strach, pokazać się

      Autor i Muza

      fot. Muza

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      środa, 16 października 2013 17:19
    • Groza

      Stojąc na peronie niewielkiej angielskiej stacyjki, Muza została zaskoczona przez siły ciemności w chwili, kiedy spodziewała się być zaskoczona co najwyżej przez deszcz meteorytów lub  delikatne zakrzywienie czasoprzestrzeni. Groza okazała się przybrać postać gołębia, który targany siłami pociągu poruszającego się w przeciwnym kierunku, rozwarstwił rzeczone ptaszysko na części lotne (pióra, dusza i części ogona), jak i na kawałki zupełnie jadalne czyli  dziób, mięso i pazury. Krew chyba wyparowała.
      Nie bez znaczenia jest fakt, że Muza cierpi na osobliwą niechęć do ptaków zwaną fachowo przez medycynę ornitofobią, dlatego widok rozprutego ze świstem gołębia  grozi w jej przypadku wytrzeszczem oczu, bądź paraliżem myśli ze skutkiem natychmiastowym.
      W normalnych warunkach pogodowych, stado spłoszonych ptaków wywołuje u małżonki reakcję paniki równą reakcji na niespodziewany atak szarżującego borsuka bądź wyrazu nieuzasadnionej agresji ze strony rozdrażnionego chomika. Nerwowe ruchy zdradzane w niekontrolowanych podskokach, bądź okrzyki w narzeczach afrykańskich powodują z reguły brak zrozumienia wśród szarego tłumu, za nic mającego potworną dolegliwość Muzy. Jedynym ratunkiem wydaje się być gwałtowna ucieczka w świat fantazji, wyrażana prośbami o rurkę z kremem bądź loda o smaku waniliowym. Koniecznie dwie gałki.
      Kiedy fantazje zostaną spełnione, a ja dostanę nauczycielską reprymendę że głupio się śmiałem w obliczu katastrofy, wszystko powoli wraca do normy i słońce znowu świeci nad naszymi głowami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Groza”
      Tagi:
      Autor(ka):
      eddielive
      Czas publikacji:
      środa, 16 października 2013 17:06